W wielu grodzieńskich rodzinach do dziś opowiada się historie o krewnych, którzy sto lat temu wyjechali do Ameryki. Najczęściej byli to młodsi bracia i siostry – we wsi nie było już dla nich ziemi, więc musieli szukać szczęścia za oceanem.

Większość wyjeżdżała z zamiarem zarobienia pieniędzy i powrotu. I wielu rzeczywiście wracało. Piękna historia dziadka białoruskiego poety Leona Pranczaka jest tego najlepszym przykładem. Dziadek zarobił w Ameryce, wysłał narzeczonej pieniądze na bilet, ale jej rodzice postawili warunek: „Puścimy córkę tylko z mężem”. Przyjechał, szybko wyprawili wesele… a kilka dni później wybuchła I wojna światowa. Powrót na Białoruś stał się niemożliwy. Na pamiątkę po dziadku Pranczak napisał później popularną piosenkę.

Manhattan w Nowym Jorku na pocz. XX wieku (fot. ArchitecturalRevival)

Takich opowieści są setki. Na stronie familysearch.org po wpisaniu „Grodno” wyskakuje ponad 12 tysięcy osób, które w latach 1892–1924 przypłynęły do USA. I to tylko z jednego miasta! Większość z nich stanowili Żydzi. Jeśli oglądaliście film “Dawno temu w Ameryce”, to wielu bohaterów mogłoby pochodzić właśnie stąd – nazwiska Aranson, Goldberg, Berkowicz pojawiają się na listach emigrantów. Główny bohater grany przez De Niro ma zresztą pierwowzór w najsłynniejszym grodzieńskim emigrancie – Meirze Lanskim, jednym z bossów amerykańskiej mafii i twórcy Las Vegas.

Plakat filmu “Dawno temu w Ameryce” (1984)

Kadr z filmu „Dawno temu w Ameryce”

Trudna droga za ocean

Na wyjazd decydowali się nie najbiedniejsi, ale ci, którzy mieli pieniądze na bilet (kilkaset rubli). W Grodnie działały agencje sprzedające bilety firm żeglugowych z Hamburga, Bremy czy Rotterdamu.

Wyjazd nie był prosty. Władze carskie często utrudniały wydanie paszportu, więc grodnianie, którzy już byli w Ameryce, wysyłali swoje stare dokumenty krewnym. Młodzi mężczyźni w wieku poborowym przekradali się nielegalnie przez granicę z Niemcami.

Podróż statkiem była koszmarem – smród, tłok, kiepska woda i jedzenie. Jeszcze gorzej mieli ci, którzy popłynęli do Brazylii – wilgotny klimat i choroby tropikalne dziesiątkowały przybyszów. Do dziś w brazylijskiej dżungli istnieją wsie założone przez emigrantów „z Polski”, jedna z nich nazywa się nawet Jagoda (na cześć córki Piłsudskiego).

Polacy na mszy w Rio Grande do Sul w Brazylii (fot. “Nowości Illustrowane” 18/1913)

Lepiej powodziło się w Argentynie. Tam klimat pasował Polakom i Białorusinom, a praca była – przy krowach, sianie, w porcie. Wielu „Argentyńczyków” wróciło do Grodna w latach 50., dostali nawet mieszkania przy ulicy Darwina, ale po kilku latach większość znów wyjechała do Argentyny.

To była wielka, bolesna i pełna nadziei migracja, która na zawsze zmieniła losy tysięcy grodzieńskich rodzin.

Oprac. na podst. harodnia.com

Na głównym zdjęciu: Grupa emigrantów w obozie emigracyjnym na wyspie Ellis Island, 1914r.
(fot. Zbiory Muzeum Emigracji w Gdyni)

Wysyłam
Ocena czytelników
5 (2 głosów)